Zimowa aura przyszła dość niespodziewanie i gwałtownie,
jeszcze gwałtowniej sobie poszła. Co oznacza, że nie można chodzić po mieście i
udawać, że jest 91. i nagrywa się demówkę w samym sercu Oslo. Za nami kolejna
edycja SpaceFest, udana, choć „nowy” Żak to miejsce na koncerty Anny Marii
Jopek czy tam Deftones, a nie dla porządnych (space)rockowców. Ampacity zabrzmieli
(poza tym, że słabo z powodu nagłośnienia) jakby całymi dniami słuchali „Ummagumma”,
ale czyż można mieć im to za złe? Nie zrozumiałem entuzjastycznych reakcji na
Dead Skeletons, ani mnie to wcześniej nie porywało, ani koncert dupy nie urwał.
A jeśli ktoś uważa, że to koncert roku, to nie był na Swans. Tyle.
Na plus impreza jako taka, organizacja i przyzwoita
frekwencja. Na minus miejscówka, brzmienie i zakaz wnoszenia napojów na salę.
Zakończyliśmy 4 (jakże ten czas szybko leci!) edycję Santa Helpers. Wyszło dobrze.
Poważny etap w przeprowadzce wujostwa ukończony. Zdjęć nie ma, są obrażenia na ciele :)
W słuchawkach Landberk „Indian Summer”, Nails "Abandon All Life", Neurosis "Times Of Grace" i solowy Peter Baumann. Oraz druga próba przekonania się do nowego Blindead.
I może by tak w końcu skoczyć do Nowego Portu?
seruszko? U gay... a port kurde koniecznie!!!!
OdpowiedzUsuńod roku mowie ze port koniecznie
OdpowiedzUsuń